Poradnik kupującego samochód

Kupno auta używanego może być początkiem problemów i wydatków, jeśli zbyt ufnie podejdziemy do transakcji. Kombinatorzy i oszuści szukają naiwnych, którzy nabiorą się na ich sztuczki.

Określenia typu „bezwypadkowy” czy „stan idealny” to codzienność w polskich ogłoszeniach z samochodowego rynku wtórnego. Nader często są one nierzetelne i mijają się z prawdą. Oto przykład: klient jedzie na oględziny 2-litrowego Forda Mondeo z 2001 r. Auto ma rzekomo „czystą” przeszłość, jest w bardzo dobrym stanie i nie miało napraw blacharskich. Fot. Maciej Pobocha: Pobieżne oględziny nie chronią przed kupnem odpicowanego samochodu

Kupujący ma małe doświadczenie z używanymi samochodami, dlatego przed sfinalizowaniem transakcji decyduje się na wizytę w centrum diagnostycznym. Bierze na siebie koszty, sprzedający godzi się bez protestów. Profesjonalny warsztat odkrywa smutną prawdę. Mondeo przeszło dachowanie. Płyta podłogowa jest nienaruszona, ale prawy bok i prawa część dachu były naprawiane. Sprzedający może nawet nie wiedział o wadach, autem jeździł zaledwie rok. Portfel niedoszłego nabywcy schudł o 200 zł, ale w kieszeni zostało 25 tys.

Ta sprawa skończyła się szczęśliwie, ale tysiące innych to dramaty, w których ludzie tracą pieniądze i latami odwiedzają sądy. To jednak nie brak doświadczenia, ale przede wszystkim ludzka naiwność leży u podstaw samochodowych problemów. Specjaliści przygotowujący auta do sprzedaży, zwani powszechnie picownikami, potrafią zadbać o nienaganny wizerunek pojazdu.

Kamuflaż musi czasem dotyczyć dokumentów. Ale w papierach może nie połapać się nawet specjalista, za to naprawy powypadkowe i kombinacje konstrukcyjne zawsze można wykryć pod warunkiem, że nie wierzy się na słowo sprzedającemu i w każdym przypadku dokona się rzetelnych oględzin. Kto nie czuje się na siłach, by zrobić to samemu, powinien sięgnąć po pomoc ekspertów.

Chociaż trzeba przyznać, że ogólny stan techniczny aut używanych bardzo poprawił się w ostatnich latach, to jednak wciąż zdarzają się prawdziwe kurioza. Handlarze nie wahają się przed składaniem jednego pojazdu z dwóch, a nawet trzech „rozbitków”. Auta spawa się z kawałków, a niektóre naprawy blacharskie urągają wszelkim zasadom bezpieczeństwa.

Dokumentacja centrów diagnostycznych pełna jest ciekawostek, które mrożą krew w żyłach.

Przypadki, gdy osie przednich kół mijają się o kilka centymetrów, a karoserie są krótsze od oryginału nawet o kilkanaście centymetrów wcale nie należą do rzadkości. Spora w tym wina polskiego systemu prawnego. Mocno zniszczone, powypadkowe wraki, wracają do swoich właścicieli zamiast obligatoryjnie trafić na złomowisko. Po naprawach, z reguły nieudolnych, bo dokonywanych tanim sposobem w prymitywnych warsztatach, znowu wprowadzane są do obiegu.

Dopóki ukryte zostają wady mechaniczne czy lakiernicze, mamy do czynienia ze zwykłym oszustwem. Ale niektórzy sprzedawcy wkraczają na drogę przestępstwa. Sprzedają auta bezprawnie wprowadzone na polski obszar celny albo zmieniają znaki identyfikacyjne w pojazdach kradzionych. Robi się to na różne sposoby, włącznie z „przeszczepianiem” numerów kompletnie zniszczonego, ale legalnego samochodu do pojazdu o nielegalnym pochodzeniu. Zostaje wówczas wspawany cały fragment nadwozia z numerem VIN. W ten sposób można też znacząco odmłodzić samochód. Dlatego warto wiedzieć, jak powinien wyglądać wybrany model auta z rocznika deklarowanego w dokumentach. Nawet drobne zmiany stylizacyjne czy wyposażeniowe mogą pomóc w ustaleniu prawdziwości danych.

Nieuczciwi sprzedawcy używanych samochodów dobrze wiedzą, że trzeba wywołać u nabywcy rezygnację z dokładnych oględzin. Stąd różnorakie wybiegi, stwarzające wrażenie niebywałej okazji i atmosfera pośpiechu, która ma wymóc szybkie podjęcie decyzji. Kolejny sposób na naiwnych to niezwykle ujmujący sprzedający, człowiek o nienagannych manierach, najczęściej starszy, spokojny pan albo nobliwa niewiasta.

Nie dajmy się zwieść pozorom. Wystarczy, że w miejscu oględzin znajdzie się zaproszony przez nas ekspert i zacznie dociekliwie oglądać pojazd, a czar pryska jak mydlana bańka. Starszy pan staje się szorstki i nieprzyjemny, a dystyngowana dama nie może wręcz powstrzymać oburzenia. Nie przejmujmy się tym zbytnio, miejmy zawsze na uwadze swoje dobro. Mamy do tego prawo.

Poradnik antypicownika

  • Kilkuletni samochód nigdy nie ma lakieru, który wygląda jak fabrycznie nowy. Powinien mieć naturalne zmatowienie, wynikające z procesu użytkowania. Na dużych powierzchniach takich jak dach, pokrywa silnika czy poszycie drzwi trudno ukryć pofałdowanie blach, pozostałość po blacharskich procesach naprawczych, takich jak wyciąganie czy klepanie.
  • Ślady szpachlówki albo lakieru na elementach z tworzywa sztucznego lub gumy to wskazówka, że auto było naprawiane.
  • Szukajmy niefabrycznych spawów, zwłaszcza na płycie podłogowej oraz w okolicach numeru identyfikacyjnego VIN. Podejrzenia powinny wzbudzić różnice w odcieniu lakieru między miejscem wybicia znaków a innymi strefami nadwozia, nietypowe łączenia blach nitami lub śrubami (np. w bagażniku) oraz grube powłoki smołowych preparatów antykorozyjnych i niefabryczne maty głuszące, ułatwiające ukrycie szwów spawalniczych.
  • Bądźmy podejrzliwi, jeśli silnik i komora silnikowa są dokładnie wymyte. Kamufluje się w ten sposób ewentualne wycieki oleju. Lepiej, gdy samochód wygląda tak, jak w codziennej eksploatacji.
  • Sporą wiedzę o naprawach nadwozia dają silikonowe wypełnienia na krawędziach zgrzewanych blach. Wszędzie ich pełno, wystarczy otworzyć drzwi, pokrywę bagażnika czy pokrywę silnika. Są też pod wykładzinami. Trudno jest odtworzyć fabryczne ułożenie silikonów. Blacharze stosują więc zwykłe „pędzlowanie”, nieregularne i znacznie cieńsze.
Autor: Dariusz Dobosz
Źródło: www.motofakty.pl



Motoryzacyjne.net.pl - Bezpłatne Ogłoszenia Motoryzacyjne